|
Jak sięgam pamięcią życie moje składało się z wielu nietypowych
zdarzeń, wspominanych niejednokrotnie bardzo smutno, chociaż pamięć
utrwaliła także momenty weselsze. Dzięki opatrzności posiadam,
mimo starszego wieku - 76 lat - dobry zmysłzapamiętywania tak
samego zjawiska, jak i szczegóły okoliczności dotyczące całego
okresu mojego życia. Czas, gdzie pamięć moja nie sięga, to okres
niemowlęcy, ale o nim opowiedziała mi moja matk
Z opowiadań tych wynika,
że urodziłem się 15 sierpnia 1927 roku, w dzień Matki Boskiej
Zielnej, o godzinie trzynastej. Miejscem mojego urodzenia była
prawobrzeżna Warszawa, dzielnica Piekiełko, w pobliżu dzisiejszego
Żerania. Tam, w wynajmowanej willi, mieszkali moi rodzice, a pobyt
mój trwał w tym miejscu zaledwie jeden dzień. Z faktem mojego
urodzenia w "Piekiełku" nie mogła pogodzić się moja
babcia, która natychmiast nakazała przeprowadzkę do jej mieszkania
przy ul. Wspólnej, gdzie też zostałem zarejestrowany w tamtejszym
Urzędzie Cywilnym.
Osobowość moja od samego początku była bardzo dynamiczna. Na skutek
ciągłego płaczu dobrze dałem się we znaki zarówno moim rodzicom,
jak i sąsiadom. Najstarsze obrazy zachowane w mojej dziecięcej
pamięci, to widok mamy w papilotach i noszenie mnie na rękach,
by ukoić mój rozpaczliwy płacz. Najmocniej przypominam sobie chrzest
z wody, dokonany przez babcię, gdyż rodzice kłócili się, co do
wyboru mojego imienia. Prawdziwy chrzest przyjąłem w wieku czterech
lat i był to z mej strony już świadomy wybór, poprzedzony przeegzaminowaniem
z zasad wiary chrześcijańskiej nauczonych przez babcię.
Sam sposób wychowania mojego w najmłodszych latach też był nietypowy,
gdyż zbyt dużo osób tą sprawa się interesowało. Do tej grupy należał
przede wszystkim mój ojciec, były oficer Legionów Piłsudskiego,
mający ambicje wychowawczo-patriotyczne, oraz pięć ciotek, w tym
cztery nauczycielki i jedna doktor pediatra. Wszystkie tu wspomniane
osoby w trakcie narad rodzinnych łamały sobie głowy, co tu począć
z takim synalkiem - beksą. Mama, wywodząca się z domu kupieckiego,
z wykształceniem na tzw. pensji, niewiele miała w tej kwestii
do powiedzenia. Praktycznie jednak moim wychowaniem zajmowała
się babcia i ciocia, mieszkająca z nią razem.
Moje pierwsze ważne doświadczenie życiowe, jakiego doznałem za
sprawą moich rodziców, było bardzo smutne. Rodzice rozeszli się
wskutek niezgodności charakterów, a ja i siostra zostaliśmy wraz
z mamą zmuszeni do zmiany swojego zamieszkania.
Wyprowadziliśmy się więc do willi mojego dziadka, byłego właściciela
handlowej instytucji , zajmującej się sprzedażą herbaty, który
w tym czasie mieszkał w Aninie i bardzo chorował. Mama w owym
czasie przebywała w większości poza domem , więc moje wychowanie
było bardzo fragmentaryczne. Przed wyjściem z domu przygotowywała
nam obiady, które potem z siostrą odgrzewaliśmy na prymusie. Dziś
myślę, że tylko przypadek szczęśliwy sprawił, że nigdy nie spowodowaliśmy
pożaru. Dziadkowie pomagali w naszym wychowaniu, dziadek zajmował
się mną, a babcia siostrą. Dziadkowi zatem zawdzięczam znajomość
zasad dobrego wychowania, nauczył mnie także tabliczki mnożenia
oraz czytania i pisania. Ta nauka zaowocowała tym, że po trzech
miesiącach pobytu w klasie pierwszej przeniesiono mnie do klasy
drugiej ze względu na znaczne postępy w nauce. Dziadek poświęcał
mi naprawdę wiele czasu, ale po niedługim czasie zmarł. Po jego
śmierci znów byliśmy zmuszeni do zmiany miejsca zamieszkania.
Tym razem osiedliśmy w dzielnicy Wawer.
W owym czasie zostałem rozdzielony z siostrą, którą w wyniku orzeczenia
sądu zabrał mój ojciec, a praktycznie jego mama, czyli nasza babcia.
Ja do ukończenia ósmego roku życia miałem pozostawać przy matce.
Po tym czasie miała nastąpić zamiana. Rozwód rodziców pozbawił
mnie ciepła rodzinnego, a śmierć dziadka nawet normalnego wychowania,
tak że z siostrą staliśmy się prawdziwymi półsierotami. Kolejne
lata po rozwodzie rodziców wpłynęły bardzo niekorzystnie na moja
psychikę. Pamiętam, że mama nastawiała mnie przeciwko ojcu, stawiając
go w złym świetle, a nawet strasząc jego osobą. Przypominam sobie,
że mama, zabierając mnie ze szkoły, nie odprowadzała mnie do domu,
lecz umieszczała u swojej koleżanki w Starej Miłosnej, odległej
o dobrych kilka kilometrów od naszego miejsca zamieszkania. Ojciec
odwiedzał mnie rzadko, ale zawsze przywoził dobre prezenty, jak
np. rower czy inne, równie drogie rzeczy, co wówczas ogromnie
mi imponowało. Niestety, były to wizyty rzadkie, nie dające młodemu
człowiekowi ani ciepła rodzinnego, ani poczucia bezpieczeństwa.
Stan ten zmienił się na pewien czas po następującym wydarzeniu.
W pewną niedzielę ojciec przybył do naszego mieszkania i w ostrej
rozmowie z mamą chciał mnie zabrać do siebie, nie przestrzegając
wyroku sądowego. W tym czasie, ja, wydobywszy finkę, odezwałem
się, że jeżeli nie przestanie się kłócić z mamą , to będzie miał
ze mną do czynienia. Ojciec natychmiast wyjechał i tak skończyły
się jego ze mną wszelkie kontakty.
Gdy skończyłem osiem lat, zgodnie z wyrokiem sądowym, siostra
wróciła do mamy, a mną zaopiekowała się babcia, matka mojego taty.
Od tego czasu mieszkałem na tzw. Żoliborzu oficerskim przy ul.
Śmiałej. Otoczenie rodzinne i sąsiedzkie było bardzo hermetyczne,
gdyż składało się z wojskowych wysokich rangą. Poza tym na mój
temat odbywano narady rodzinne, w których prym wiodły wspomniane
wcześniej ciotki, doradzające babci i ojcu sposób oddziaływania
na mnie. Od tego czasu z mamą spotykałem się bardzo rzadko.
Codzienne moje życie było zaprogramowane na sposób wojskowy. Rano
i wieczorem ubranie musiało być ułożone w kostkę. Ciotka sprawdzała
efekty porannej i wieczornej toalety, przygotowanie do zajęć lekcyjnych,
a po powrocie ze szkoły musiałem składać sprawozdanie, jak się
zachowywałem w klasie i na ulicy. Koledzy i koleżanki byli dobierani
przez moją babcię z uwzględnieniem hierarchii społecznej. W czasie
pogawędek wychowawczych wpajano we mnie zasadę mówienia prawdy,
przywiązanie do wiary katolickiej i ujawnianie uczuć patriotycznych.
Zasady te, jakkolwiek słuszne, wpajane tak rygorystycznie, spowodowały
szereg reakcji bardzo dla mnie ryzykownych, a nawet zagrażających
mojemu życiu.
Pierwsza moja reakcja na ten sposób wychowania to był bardzo osobisty
bunt, przejawiający się , mimo zakazów, w wyszukaniu sobie koleżanek
i kolegów, którzy pochodzili z najróżniejszych środowisk, niekoniecznie
"dobrych". Zwracałem uwagę na ich naturalność, skłonność
do zabawy i niezależność w postępowaniu, w tym nieliczenie się
z opinią dorosłych. Mnie taki dobór przyjaciół wydawał się wtedy
jedynie słuszny, ale szybko się okazało, że pociągnął za sobą
ujemne skutki wychowawcze. Założyłem bowiem wraz z moimi koleżkami
tzw. klan, czyli zgrupowanie potrzebne do wspólnych zabaw, które
graniczyły z chuligaństwem. Zmontowaliśmy na przykład 16 hulajnog
z kołami z łożysk tocznych i przejeżdżaliśmy nimi ulicą asfaltową
obok okolicznych willi, czyniąc taki jazgot, że mieszkańcy tego
nie wytrzymywali. Albo graliśmy na ulicy w piłkę nożną puszkami
od konserw, co nie tylko było niebezpieczne, ale szybko niszczyło
obuwie. Zabawa w Tarzana w pobliskim parku świadczyła o zupełnym
braku wyobraźni, gdyż powrót do domu odbywał się z reguły w rozerwanym
ubraniu. Okazało się więc, że wieloosobowa moja dydaktyczna rodzinka
nie potrafiła skierować mojej uwagi na taki rodzaj zabawy, by
mój wybujały temperament mógł się wyładować. Reakcją moich opiekunek
na szczeniackie wybryki były kary cielesne, tzw. kozia łapka,
co czasami bardzo bolało, ale i tu moja przemyślność wzięła górę.
Wpadłem bowiem na pomysł podkładania sobie pod spodenki skórki
zająca, co w dużym stopniu zmniejszało ból w czasie egzekwowania
kary za niewłaściwe zachowanie.
Po ukończeniu przeze mnie dziesiątego roku życia gremium rodzinne
zadecydowało o wprowadzeniu istotnych zmian. Ojciec wpadł bowiem
na pomysł, iż powinienem zająć się prawdziwym sportem, sądząc,
że odciągnie w ten sposób syna od chuligańskich wybryków. Wpłacił
więc do Instytutu Wychowania Fizycznego na Bielanach znaczną,
jak na owe czasy, sumę , aby jego syn mógł po lekcjach szkolnych
korzystać z dowolnych zajęć sportowych pod kierunkiem instruktora.
Wybór ten i decyzja okazały się trafne. Od tego momentu w moim
życiu zachodzi szereg korzystnych zmian w zachowaniu , jak i zainteresowaniach
osobistych. Zmiana otoczenia szkolnego i przebywanie w Instytucie
sprawiają, że poprawia się moja tężyzna fizyczna, budzą zainteresowania
sportowe. Uprawiałem na początku wiele dyscyplin sportowych, próbując
się w nich rozsmakować, ale najbardziej upodobałem sobie piłkę
nożną. Doszedłem w krótkim czasie do bardzo dobrej formy sportowej,
posiadłem umiejętność żonglowania piłką, co w późniejszym czasie
procentowało, gdy już grałem w trzeciej lidze piłki nożnej. W
szkole postępy w nauce stawały się coraz lepsze, zacząłem otrzymywać
nawet noty celujące. Ten okres życia uważam za bardzo udany, gdyż
moja osobowość rozwijała się harmonijnie. Szczególnie wstąpienie
do harcerstwa spowodowało odpowiednie przygotowanie mnie do dorosłego
życia. Wyjeżdżałem na obozy harcerskie, na których nauczyłem się
gotować, cerować oraz wielu innych umiejętności, które tak są
potrzebne w dorosłym życiu.
Okres ten, najmilej przeze mnie wspominany, kończy się wraz z
rozpoczęciem II wojny światowej. Już pierwszego dnia obserwuję
z dachu domu krążące nad Warszawą samoloty i podejmuje wyraźne
postanowienie, co do dalszego mojego postępowania. Nie pytając
nikogo o zgodę, zgłaszam się do punktu OPL, czyli obrony przeciwlotniczej,
prosząc o odpowiednią dla mnie funkcję. Ku mojemu zaskoczeniu
otrzymuję maskę gazową, opaskę biało-czerwoną ze znakiem OPL i
pisemko o przynależności. Do moich zadań należało spacerować po
zmroku ulicą i kontrolować pełne zaciemnienie w oknach budynków
mieszkalnych i innych zabudowaniach. Było to konieczne, by ustrzec
się wypatrzenia przez nieprzyjacielskich lotników. Przyznam się
szczerze, że gdy panował jako taki spokój, starałem się spełniać
swój obowiązek sumiennie, lecz gdy następowało bombardowanie chowałem
się w pobliskich bramach, ze strachem spoglądając , co się dzieje
wokół.
W drugiej połowie września, z uwagi na duże zagrożenie życia w
naszej dzielnicy, rodzina postanowiła opuścić żoliborską willę
i przenieść się na ul. Bracką do kuzynów, mieszkających w dużym
bloku. Tam staram się nie przebywać w domu lub piwnicy, lecz podczas
bombardowań biegam do żołnierzy obsługujących przeciwlotniczą
broń maszynową, usytuowaną na dachu naszego nowego domu. Ta moja
ówczesna ruchliwość prawdopodobnie uratowała mi życie lub ustrzegła
przed zranieniem. Otóż, pewnego dnia, w czasie kolejnego bombardowania,
odłamki bomby spadają na tę część mieszkania, gdzie kazała przebywać
mi babcia i wprost szatkują moje łóżko. Efektem bombardowań jest
pożar całego bloku. Konieczna jest ewakuacja wszystkich jego mieszkańców
i znów moja rodzina wędruje z podręcznymi tobołkami, kierując
się na ul. Widok do jednego z masywniej wyglądających budynków.
W czasie tej przeprowadzki nie słucham poleceń babci i instynktownie
kieruję się do mniejszego budynku, gdzie przebywał mój kolega.
Rodzina, rezygnując z poprzedniego zamiaru, idzie za mną, obsypując
wymówkami. W nocy przeżywamy piekło. Odgłos bomb i wybuchów pocisków
artyleryjskich powoduje ogólną panikę, przerywaną modlitwami do
Boga i Matki Boskiej z prośbą o ocalenie. Poddaję się ogólnemu
nastrojowi, płaczę ze wszystkimi i trzęsę się ze strachu, modląc
rozpaczliwie. Rano ucichły wreszcie wybuchy bomb i zapadła cisza.
Natychmiast wyszedłem na zewnątrz i zamarłem z przerażenia. To,
co zobaczyłem, przerosło moje najśmielsze wyobrażenia. Dom na
przeciwko, który według zamiarów rodziny, miał dostarczyć nam
schronienia, legł w gruzach, grzebiąc wszystkich ludzi w nim się
znajdujących. Z dala widać było płonący Dworzec Główny PKP, który
mieścił się tam, gdzie obecnie jest Pałac Kultury. Gruzy wielu
domów dogasały, ocalał jedynie fragment tej ulicy, na której ostatecznie
się ukryliśmy. Było tam kilka mniejszych oficyn. Trudno powiedzieć,
co nas uratowało, czy moje nieposłuszeństwo, czy modlitwa, czy
przypadek.
Następuje rychło kapitulacja Warszawy i wkroczenie wojsk niemieckich.
Od kolegi dowiaduję się, że Niemcy wkroczą przez Plac Marszałka
Piłsudskiego. Natychmiast się tam udałem, a moim oczom ukazał
się następujący widok. Gruby Niemiec na koniu, z butną miną, za
nim oddział styranych Niemców, nie ogolonych, z widocznym zmęczeniem
na twarzach, lecz śpiewających dumne pieśni wojskowe. Zrobiło
mi się bardzo przykro, powróciłem więc do domu na Bracką, gdzie
mieszkania, jakkolwiek po pożarze, nadawały się jeszcze do użytku.
Gdy nastąpiła okupacja, wpadłem w stan przygnębienia i niepewności,
co do dalszej egzystencji. Niepokój budziły następujące aresztowania
ludzi z rodzin o podobnym statusie społecznym. Pierwsze moje kontakty
z organizacją podziemną Szarych Szeregów nastąpiły w szkole na
Bielanach i na tajnych kompletach gimnazjalnych, które były organizowane
przy Szkole Mechanicznej na ul. Śniadeckich w Warszawie. Tam w
wolnych chwilach uczyliśmy się budowy broni palnej i taktyki wojskowej
, szczególnie w warunkach miejskich. Do naszych obowiązków należało
również przewożenie i dostarczanie na wskazane miejsce tzw. bibuły,
tj. prasy podziemnej AK oraz malowanie na murach znaków "Walcząca
Polska".
Nauka na tajnych kompletach gimnazjalnych , jako zakazana, była
niebezpieczna. Szereg łapanek i rozstrzeliwanie polskich obywateli
na ulicach miasta wyrobiło we mnie instynkt samozachowawczy. Udawało
mi się jakimś cudem unikać niebezpiecznych miejsc, by nie stać
się zakładnikiem Niemców. Szczególnie jeden przypadek utkwił mi
głęboko w pamięci. Pewnego dnia, gdy wracałem na Żoliborz tramwajem,
mając przy sobie zakazane książki i "bibułę", znalazłem
się w blokadzie. Niemcy zamknęli odcinek między ul. Wilczą a Królewską.
Z tramwaju, którym jechałem , wszystkich wyrzucano. Tym razem
nie zawiodła mnie przytomność umysłu. Teczkę z całą zawartością
przerzuciłem pod ławkę przedziału przeznaczonego dla Niemców,
a sam przemieściłem się, stając obok motorniczego i tak uniknąłem
łapanki. W pozostałych tramwajach jechali moi szkolni koledzy
i dwóch profesorów. Zostali oni rozstrzelani, a po wojnie ich
nazwiska odnalazłem na tablicy pamiątkowej, usytuowanej na zbiegu
ul. Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich.
Na szczęście okres okupacji nie trwał wiecznie. W roku 1944 wybucha
powstanie warszawskie. Zgłaszam się do oddziałów powstańczych
i zostaje przyjęty do 206 oddziału Żywiciel, zgrupowania Żaglowiec,
wchodzącego w skład plutonu AK na Żoliborzu. Z tym plutonem związałem
całą swoją działalność powstańczą. Początkowe potyczki zbrojne
z Niemcami kończyły się naszym sukcesem, mimo braku broni palnej
i amunicji. Sytuacja bojowa oddziału poprawiła się znacznie po
zrzutach lotniczych tak od wojsk Berlinga, jak i naszych lotników
z Wielkiej Brytanii. Czynności moje w owym czasie to przede wszystkim
służba obsady barykady, najpierw przy placu Słonecznym, a potem
przy ulicach Czarneckiego i Kaniowskiej. Było tam szereg potyczek
i ataków niemieckich na nasze barykady, lecz bez istotnego zagrożenia
siłom powstańczym. Zawsze braki ze strony wyposażenia wojskowego
nadrabialiśmy odwagą i własnym poświęceniem, czego Niemcom właśnie
brakowało.
W pamięci mojej utkwiło szereg sytuacji, które w znacznym stopniu
zagrażały mojemu życiu. Pewnego razu, niosąc pocztę powstańczą,
spotkałem kolegę, również z formacji AK. Szliśmy w kierunku ul.
Zajączka, gdy nagle padł strzał z dachu pobliskiego domu, raniąc
mojego kolegę śmiertelnie w szyję i głowę. Odskoczyłem pośpiesznie
od niego, oddając strzały w kierunku osobnika ukrywającego się
na dachu, pospiesznie opuszczającego swoje stanowisko. Prawdopodobnie
był to snajper ukraiński, będący na usługach Niemców. Przypadek
ten jest dowodem na to, że w obrębie okręgu powstańczego też nie
było bezpiecznie.
W dniu 16 sierpnia nasze oddziały powstańcze zostały zasilone
grupą oddziałów partyzanckich o bardzo dobrym uzbrojeniu osobistym.
Dowiedzieliśmy się o planowanym ataku na Dworzec Gdański celem
połączenia Żoliborza ze Starym Miastem. Z plutonu zgłaszano się
na ochotnika, gdyż część powstańców musiała pozostać na barykadzie.
W dniu 18 sierpnia umieszczono nas na barykadzie przy ul. gen.
Zajączka, z przedpolem w kierunku torów kolejowych Dworca Gdańskiego.
Najbardziej utkwił mi w pamięci drugi atak na dworzec w nocy z
21 na 22 sierpnia. W ataku tym brał udział cały nasz oddział w
liczbie 15 powstańców. Weszliśmy na przedpole z własnym ubezpieczeniem
ogniowym, ruszając w kierunku torów kolejowych. To, co się dalej
działo, trudne jest do krótkiego opisania. Grad pocisków ciężkiej
artylerii, zmasowany ostrzał z ciężkiej broni maszynowej oraz
doborowe oddziały niemieckie, przewyższające nas liczebnością,
zdziesiątkowały nasze oddziały. Zdążyliśmy zniszczyć zaledwie
kilka metrów torów kolejowych, gdy pod gradem kul nieprzyjaciela
musieliśmy się wycofać na pozycje wyjściowe poza barykady. Atak
nasz został odparty, a cel nie osiągnięty. Z naszej grupy powróciło
ze mną tylko sześciu powstańców.
W dniu następnym oddelegowano nas na stałe miejsce przy barykadzie
usytuowanej przy ulicy Czarneckiego. Kolejna zmiana barykady nastąpiła
na początku września . Przenieśliśmy się na ul. Kaniowską, naprzeciwko
wału wiślanego, 250 metrów od niego, gdzie Niemcy stworzyli dwa
okopy, jeden z obsadą przeciwko nam, powstańcom, a drugi w kierunku
wschodnim, ubezpieczający ich od strony Wisły na wypadek wkroczenia
wojsk rosyjskich. Bliskość nieprzyjaciela stwarzała okazję do
częstych ataków i wzajemnych ostrzeliwań. Zdarzyło się wtedy szereg
potyczek z czołgami, w których zwykle zwyciężali powstańcy, ponosząc
jednakże straty w ludziach.
Wrzesień był okresem najtragiczniejszym w przebiegu powstania
warszawskiego. Bombardowania z samolotów, ostrzał z dział kolejowych,
częste ataki na pozycje powstańcze powodowały coraz większe straty
w oddziałach i męczarnie ludności cywilnej. W tym czasie jedyną
pociechą był nocny zrzut broni z tzw. kukuruźników, latających
na niskim pułapie. Ale zapowiedziany desant ze strony Pragi nie
nastąpił. Zostaliśmy opuszczeni przez aliantów i pozostawieni
własnemu losowi. W tym czasie zdarzył się kolejny dramatyczny
wypadek, który o mało nie pozbawił mnie życia. Na kwaterze powstańczej,
po służbie na barykadzie , położyłem się pod oknem. Po chwili
nastąpił wybuch. Zerwany sufit przygniótł kolegów, śpiących po
przeciwnej stronie. Nade mną zaś żelazne regały nie dopuściły
do zarwania się sufitu. To mnie uratowało. Wyciągnięty przez kolegów
z barykady oknem do piwnicy mogłem po chwili swobodnie oddychać.
I tak dzień za dniem toczyły się walki, bombardowania, nękanie
pociskami z ciężkiej artylerii, pożar budynków i powszechny brak
nadziei na przyszłość.
W ostatnim tygodniu powstania w oddziale panował niepokój z uwagi
na coraz to nasilające się ataki Niemców. W obliczu niepewności
co do losów dalszej akcji zbrojnej postanawiamy przebić się przez
Wisłę do oddziałów Berlinga. O zmroku zaatakowaliśmy pozycje wroga
na wale wiślanym. Nieoczekiwanie Niemcy, posiadając tam liczne
i dobrze uzbrojone stanowiska bojowe , nie pozwalają nam na przerwanie
linii ich obrony. Po naszej stronie jest wiele strat. Ja dostaję
postrzał w nogę, co utrudnia mi dalsze pełnienie służby na barykadzie.
Ostatnie dni powstania warszawskiego były w aurze raczej pogodne,
lecz dla nas powstańców, raczej posępne i tragiczne. Atak przeważających
sił nieprzyjaciela zarówno niemieckich wojsk pancernych, jak i
ataki z powietrza były tak silne, że nasze zdolności obronne poważnie
osłabły. Dnia 28 września 1944 roku nastąpiło ostateczne natarcie
Niemców od strony ul. Mierosławskiego w kierunku naszego plutonu
206, co zmusiło nas do opuszczenia barykady przy ul. Kaniowskiej.
Zmęczony nieprzespaną nocą, zjadłem ostatni kawałek czekolady,
gdyż o innym posiłku nie było mowy. W drugiej połowie dnia pada
rozkaz jednego z dowódców barykady, sierżanta Tedego:
- Kto czuje się na siłach, to pod moim dowództwem niech próbuje
się przedostać się na teren placu Wilsona, gdzie jeszcze walczą
powstańcy. Osoby ranne i chore niech porzucą broń i zmieszają
się z ludnością cywilną, by uniknąć rozstrzelania. Popatrzyłem
na twarze kolegów. Były bardzo posępne, w ich oczach można było
wyczytać wściekłość i bezradność. Po pewnym czasie większa część
kolegów, zabierając swoje ubrania, wraz z sierżantem Tedym udała
się w kierunku placu Wilsona. Pozostali bez słowa porzucili broń
i udali się zapewne do swoich rodzin na terenie Żoliborza. Ja
byłem ranny w nogę. Z sączącą się raną, jątrzącą się z powodu
niedostatecznej higieny i profesjonalnego opatrunku, poszedłem
na kwaterę w sąsiednim, przyległym do barykady budynku. Zabrałem
ukryty tam pamiętnik i część moich dokumentów i tak , jak byłem
uzbrojony na barykadzie, ruszyłem ogrodami w kierunku placu Słonecznego
do ul. Śmiałej 63, gdzie mieszkała moja rodzina.
Gdy zobaczyłem dom rodzinny, struchlałem na widok ogromnego leju
po pocisku ciężkiej artylerii. Z domu zostały tylko gruzy. Zauważyłem,
że część piwnic od strony ulicy jest jeszcze cała, więc zacząłem
krzyczeć, czy ktoś żyje. Odezwał się glos. Poznałem Adama Kapłańskiego,
powstańca, informującego, że żyją, lecz trzeba usunąć gruz od
wejścia, by mogli wydostać się na zewnątrz. Ręczne usunięcie gruzu
z obu stron piwnicy odbyło się dość szybko i za chwilę cała rodzina,
wystraszona tym, co ich spotkało, rzuciła się do uścisków. Byli
przekonani, że nie uda im się opuścić piwnicy i po prostu uduszą
się niebawem z powodu braku powietrza. Po krótkiej rozmowie, przewinięciu
rany, zdezynfekowanej spirytusem, podjąłem decyzję dalszej walki,
mimo protestów całej rodziny. Po pożegnaniu z bliskimi udałem
się w kierunku placu Wilsona, gdzie słychać było odgłos walk powstańczych.
Przechodząc przez ogródki domowe, gdyż tak było bezpiecznej, dotarłem
do rogu ulicy Czarneckiego i Haukiego. Zobaczyłem tam licznych,
silnie uzbrojonych Niemców, penetrujących okoliczne domy, co pewien
czas wrzucających wiązki granatów przez okna piwnic. Nietrudno
sobie wyobrazić, jaki los spotykał ukrywających się tam mieszkańców.
Nagle zobaczyłem niemieckiego żołnierza, z miotaczem ognia w ręku,
który poruszał się w kierunku parku żoliborskiego przy placu Wilsona,
po drodze podpalając domy. Żeby nie zostać zauważonym przez Niemców
wszedłem początkowo do tlącego się budynku i zacząłem rozmyślać,
co mam robić dalej.
Stało się dla mnie oczywiste, że dalsza walka to czyste samobójstwo.
Posiadałem ze sobą broń automatyczną, tzw. pepeszę ze stu nabojami
amunicji, jeden granat, tj. filipinkę, hełm poniemiecki z biało-czerwoną
opaską. Było to standardowe wyposażenie żołnierza AK, stojącego
w obliczu nieprzyjaciela w pełni uzbrojonego, dysponującego miotaczami
ognia. Jeden ruch miotaczem i człowiek staje się podobny do mumii.
Więc , jak postąpić? Mogę zastrzelić jednego czy dwóch Niemców,
ale ich jest tu tak dużo, że w zabiciu mnie wyręczą ich szybko
inni, a ja mam przecież dopiero osiemnaście lat. Podjąłem więc
decyzję dotarcia za wszelką cenę do fortu po drugiej stronie ulicy
Czarneckiego. Wyrzuciłem całe moje uzbrojenie i dokumenty powstańcze
do piwnicy tego domu, w którym się schowałem, mając nadzieję że
szybko spłoną w najbliższym czasie, płomienie obejmowały bowiem
coraz większe połacie budynku. Korzystając z nieuwagi Niemców,
zajętych niszczeniem budynku szkoły, kulejąc, możliwie jak najszybciej
przeskoczyłem ulicę Czarneckiego na drugą stronę, gdyż z tego
miejsca łatwiej było się dostać do fortu , zapełnionego ludnością
cywilną. Czołgając się przez ogródki dotarłem wreszcie do fortu,
a tam zobaczyłem obraz trudny do opisania. Stłoczona w ciemnych
lochach ludność cywilna, siedząca na podręcznych tobołkach, szykująca
się do wyjścia na zewnątrz, obawiająca się, co ich spotka po wyjściu.
Zdałem relację o sytuacji na zewnątrz dyżurującemu przy wejściu
i poradziłem jak najszybsze opuszczenie fortu. W forcie po raz
kolejny przewinięto mi nogę, dezynfekując tzw. piochtaniną. Cała
noc przesiedziałem z innymi w tym forcie, nawet czułem się tam
bezpieczny, znając walory fortyfikacyjne budynków, grubość murów
przekraczała tam jeden metr. Wewnątrz słychać było tylko słabe
wybuchy i odgłosy dalszej walki. Nad ranem dotarła do nas kolejna
partia ludności cywilnej, nawet część mojej rodziny z ul. Śmiałej.
Ucieszyłem się, że wszyscy żyją, ale wiadomość, co wyczyniali
Niemcy z ludnością cywilna w niektórych domach, wrzucając granaty
do środka, śmierć niektórych naszych znajomych, osłabiała zadowolenie
z widoku ocalałej rodziny. Rano pod eskortą niemieckich żołnierzy
ruszyliśmy w kierunku Powązek, przechodząc obok kościoła, gdzie
stali oficerowie niemieccy i znani mi volksdojcze. Bałem się rozpoznania,
lecz trzymając pod rękę babcię, z nisko pochyloną głową , przeszedłem
nierozpoznany. Kolumna ludności cywilnej, z małymi tłumoczkami
swojego dobytku, skierowana została na teren Dworca Zachodniego.
Na dworcu stały wagony towarowe, do których nas załadowano . Nie
licząc się z wiekiem czy sprawnością fizyczną każdego wepchnięto
do wagonu, który po pewnym czasie ruszył w kierunku Pruszkowa.
Tak rozpoczęła się podróż ludności Warszawy w nieznaną przyszłość.
Towarzyszyło nam szereg sprzecznych wiadomości. Świadomość istnienia
obozów koncentracyjnych, jak również swoista niemoc tłumu nie
były dobrą wróżbą na dni następne. Po pewnym czasie dotarliśmy
do miejscowości Pruszków pod Warszawą i tam zostaliśmy spędzeni
na teren pobliskich hal, otoczonych wysokim murem. Ludzie starzy
koczowali na ziemi, siedząc na swoich tłumoczkach, młodsi, ruchliwi,
próbowali dowiedzieć się, co się dalej będzie działo. Miałem złe
przeczucia, tym bardziej, że spotkani koledzy, uczestniczący ze
mną w powstaniu, namawiali mnie na sforsowanie ogrodzenia i podjecie
próby wydostania się na wolność. Nie było to dla mnie możliwe
z uwagi na stan postrzelonej nogi i ogólne wyczerpanie fizyczne.
Następnego dnia udałem się do punktu opatrunkowego, gdzie po raz
pierwszy od czasu zranienia dostałem fachową medyczną pomoc. Zrobiono
mi opatrunek z normalnej gazy, a nie jak dotąd podartego prześcieradła,
wydezynfekowano ranę, wyskrobano i zastosowano skuteczną maść,
którą miałem się dalej leczyć. Po dwóch dniach Niemcy ewakuowali
całą ludność z Pruszkowa. Do zamkniętych wagonów towarowych znów
stłoczono ludzi, oddzielając jednak starszych od młodszych. Wciśnięto
mnie na siłę do wagonu. Tłok był niesamowity, można było tylko
stać. Po mniej więcej godzinie pociąg ruszył z miejsca w nieznanym
dla nas kierunku. Patrząc przez małe szpary w wagonie zorientowaliśmy
się, że jedziemy na zachód. Sytuacja w wagonie była rozpaczliwa.
Brak wody, jedzenia, trudności z zaspokajaniem potrzeb fizjologicznych
powodowały straszny smród, skutkujący omdleniami wielu osób. Wytrzymałem
pomimo osłabienia i doczekałem się, że mniej więcej po dwunastu
godzinach jazdy podano nam w kubłach wodę do picia.
Podróż do Niemiec trwała wraz z postojem w nieznanym mi miejscu
dwa dni. Wyładowano nas w miejscowości Parchim i to, co zostało
mi w pamięci to plac otoczony przez Niemców z psami, a na środku
kuchnia polowa i kucharze rozdający zupę. Była to grochówka, której
część, na moje szczęście, została wylana przez starszego kolegę.
Powiedział wtedy do mnie:
- Nie jedz więcej, bo będziesz miał poważne kłopoty żołądkowe.
Następnie w kolumnach skierowano nas do obozu, przy którym widniał
napis ; "Arbait macht fraj". Tam czekała nas zbiorowa
łaźnia, dezynfekcja, odwszawienie i komisja lekarska tak jak w
wojsku, wspólna dla mężczyzn i kobiet. Później w pomieszczeniach
baraków na prowizorycznych pryczach osadzono kobiety i mężczyzn
oddzielnie. W czasie komisji lekarskiej spisano dane osobowe na
podstawie tzw. kenkarty oraz innych posiadanych dowodów. U mnie
była to kenkarta ze świadectwem szkolnym szkoły mechanicznej w
Warszawie, a praktycznie kompletów gimnazjalnych. Moją specjalnością
wyuczoną było tokarstwo. Ta ostatnia adnotacja przesądziła od
dalszym moim przeznaczeniu, aczkolwiek o swoim zawodzie miałem
mgliste pojęcie.
W obozie poznałem starszego od siebie o 50 lat człowieka, który
był uprzednio naukowcem i znał dobrze język niemiecki. Był on
dla mnie wzorem , a jego rady drogowskazem dalszego postępowania.
Pan ten został naszym tłumaczem i reprezentował wobec Niemców
grupę z naszego baraku , składającą się z kilkunastu osób. Niebawem
dowiedziałem się, że mam pomagać miejscowemu fryzjerowi w sprzątaniu
pomieszczenia, co przy nudzie panującej w obozie, było zajęciem
dobrym i rozpraszającym złe myśli. Nauczyłem się przy tym golenia,
trochę strzyżenia i to pomogło mi nie uczestniczyć w pracach poza
obozem. Z uwagi na źle gojącą się ranę okazało się to sytuacją
zbawienną. Racje żywnościowe były bardzo skąpe. Rano ciemna kawa,
lura, i kromka czarnego lepiącego chleba, na obiad dawano wodę
z brukwią, udającą zupę, czasem trafił się ziemniak przy dużym
szczęściu. W obozowej gwarze nazywano go schabowym. Mała znajomość
języka niemieckiego, wyniesiona ze szkoły, pozwoliła mi na nawiązanie
kontaktu słownego z Niemcami, którzy przychodzili z obozu korzystać
z usług fryzjerskich. I tak za np. złotą obrączkę można było dostać
masło, wędlinę i chleb, a to po podziale między współtowarzyszy
niedoli pomogło przetrwać bez większego osłabienia. Dotyczyło
to jednak tylko tych nielicznych, którzy mieli złoto lub coś innego
do zamiany.
Dzień w obozie toczył się monotonnie. Rano apel, przydział prac
i apel wieczorny ze sprawdzeniem ilości stanu osadzonych. Po dwóch
tygodniach zgłosił się pracownik tzw. Arbaitzantu, czyli biura
pracy i wyczytywał listę osób do wywiezienia na prace przymusowe
na terenie Niemiec. Mnie z uwagi na notatkę w legitymacji szkolnej
przypadł wyjazd do fabryki mechanicznej w Rostoku nad morzem.
Wyjazd nastąpił drugiego dnia po odczytaniu listy przez tego urzędnika,
a transportowano nas konwojem pilnowanym przez żandarmów. Po dotarciu
do fabryki zostaliśmy rozmieszczeni w barakach, za sąsiadów mieliśmy
Rosjan i Włochów. Wyjście poza teren fabryki było zabronione.
Pierwszy przydział w fabryce przy tokarce wypadł źle, a Niemiec
przydzielający mi tę pracę zorientował się od razu w mojej niefachowości.
Przydzielono mi więc zaszczytny tytuł sprzątacza kibli. Praca
była o tyle dobra, że nie limitowana czasem. Chodziło tylko o
to, żeby w wc i na stanowiskach pracy było czysto. Po zakończeniu
toczenia musiałem także wyrzucać opiłki do kontenera, który był
wywożony poza teren fabryki. W tej fabryce dni i miesiące mijały
mi w jednakowy sposób. Rano odbywał się apel, szło się do pracy,
potem z pracy i znów wieczorny apel. Jedzenie było trochę lepsze
niż w obozie, ponieważ w sobotę dostawaliśmy trochę masła, kiełbasy
i lepszego chleba dla osób, które dobrze się starały podczas pracy.
Za dobre sprawowanie, w pewną niedzielę, dostałem wraz z kilkoma
innymi towarzyszami przepustkę na wyjście do miasta w określonym
czasie. Ruszyliśmy natychmiast na wieś w okolice Rostoku celem
zdobycia żywności od Polaków pracujących u tzw. bauerów. Przepustka
na wyjście uratowała nam życie. Po wyjściu z fabryki i oddaleniu
się o kilka kilometrów od Rostoku nastąpiło dywanowe bombardowanie
miasta. Gdy wróciliśmy, z naszej fabryki i baraków pozostała tylko
kupka gruzów. Dużo osób było zabitych, a garstka ciężko rannych
znajdowała się w miejscowym szpitalu.
Miejscowy Urząd Pracy przydzielił więc nam pracę w miejscowości
Gustrow w zakładzie budowlanym. Zajmowaliśmy się tam głównie ręcznym
transportem dużych, gotowym elementów budowlanych, ważących niekiedy
ponad tonę. Przenosiliśmy je z wagonów towarowych na plac budowy,
a później składając baraki. Skoszarowani byliśmy w barakach, lecz
bez większego nadzoru i wolnych chwilach można było poruszać się
po mieście bez przepustki. Byłem zbyt młody, by wykonywać tak
ciężką pracę i szybko dostałem dyskopatii, czyli przemieszczenia
się kręgów lędźwiowych. Nastąpiło kilkudniowe leżenie w łóżku
na skutek niedowładu kończyn dolnych. Od niemieckiego lekarza
otrzymałem pismo o konieczności przeniesienia mnie do lżejszej
pracy i tak trafiłem do miejscowego elektryka. Dla mnie było to
zbawienne., gdyż pozwoliło mi na wykonywanie lżejszej pracy, w
sumie przetrwanie czasu wojny i naukę zawodu.
Wznoszenie baraków odbywało się na terenie wolnym po zbombardowanych
domach. Teren naszego działania znajdował się w miastach odległych
od Gustrow niejednokrotnie o 200 kilometrów. Racje żywnościowe
były średnie. Coraz bardziej martwiła mnie moja niska waga - 48
kg przy wzroście 170 cm, siły miałem coraz słabsze. Praca w Gustrow
i jego okolicach trwała do moment, gdy usłyszeliśmy odgłosy pocisków
artyleryjskich w wyniku ataku wojsk rosyjskich na miasto. Wielu
z nas postanowiło wyruszyć pieszo w kierunku angielsko-amerykańskich
wojsk alianckich. Nie było to bezpieczne z uwagi, na to, iż uciekająca
niemiecka ludność cywilna w tym kierunku była często ostrzeliwana
i bombardowana przez myśliwce alianckie. W końcu jednak dotarliśmy
w okolice Hamburga i tam zostaliśmy skoszarowani przez wojska
alianckie w przejściowych obozach, gdzie była dobra pomoc lekarska
i znośne warunki bytowe.
Po wstępnych badaniach lekarskich zaproponowano mi wyjazd dalej
na zachód i wstąpienie do Legii Cudzoziemskiej. Reakcja moja była
natychmiastowa. Wracam do swojego kraju bez względu na niebezpieczeństwo
z uwagi na przynależność do AK. Mam dosyć wojny, a obowiązkiem
każdego Polaka jest uczestniczyć w odbudowie swojego kraju. Tak
się też stało i rozpocząłem drogę powrotną do ojczyzny. Wyposażeni
prze Amerykanów w żywność i niezbędne przedmioty osobistego użytku,
z zaświadczeniem, ruszyłem w kierunku nacierających wojsk rosyjskich.
Przydzielony do transportu rodaków wracających do kraju samochodami
,wraz z nimi, po kilku godzinach, spotkałem się z posterunkami
rosyjskimi. Tu przeprowadzono nam kontrolę osobistą, zabierając
połowę osobistych rzeczy, co o tyle było korzystne, że było nam
dalej lżej dźwigać. Po stronie rosyjskiej usiadłem na trawie i
zacząłem rozmyślać, jak kontynuować podróż do Polski. Przysiadł
się do mnie Ukrainiec, mówiący trochę po polsku i zapytał, czy
zamierzam wędrować w kierunku wschodnim. Gdy odpowiedziałem twierdząco
zaproponował, byśmy tę podróż odbyli wspólnie, kierując się do
swoich ojczyzn. Za część odzieży i papierosów kupiliśmy od Niemców
dwa rowery i ruszyliśmy na wschód.
Była to podróż bardzo trudna , bez map i rozeznania w terenie.
Pytając od czasu do czasu Niemców o drogę , wędrowaliśmy w obranym
kierunku. Po dwustu kilometrach marszu, przerywanego na odpoczynek
w lesie, dalsza podróż stawała się niemożliwa z uwagi na powstałe
pęcherze i odciski u stóp. Pewnego dnia, gdy odpoczywałem w pobliżu
jakiejś wioski sam, mój towarzysz podróży odszedł, nie mówiąc
ni słowa. Po mniej więcej dwu godzinach zobaczyłem mojego Sieriożę
na furmance zaprzężonej w dwa konie, wypchaną sianem , ozdobioną
jakimś baldachimem. Pytam:
- Jakim cudem zdobyłeś ten powóz?
- Zabrałem go młodym Niemcom, jadącym na zachód, a konie wymieniłem
w wiosce odpowiedział. Pomyślałem trudno. Na tym kradzionym,
zarekwirowanym dobytku będę musiał kontynuować podróż. Podjechaliśmy
jednak do wioski, gdzie spotkaliśmy Niemców, którym mój towarzysz
zabrał konie i wóz. Po rozmowie oświadczyli, że nie mają pretensji,
bo ich czeka jeszcze tylko 200 km drogi, co w stosunku do naszej
podróży jest odległością niewielką. Po tej rozmowie, nawet w tonie
życzliwej, dałem im trzy paczki papierosów i ruszyliśmy. Od starszych
Niemców dostaliśmy dwie poduszki z pierzem i jeden koc, za co
serdecznie podziękowaliśmy. Po uzyskaniu informacji o kierunku
podróży wyruszyliśmy dalej naszym pojazdem.
Podróż nie była łatwa, brak żywności dla nas oraz paszy dla koni
utrudniał i przedłużał czas naszego powrotu.. Na drodze stały
posterunki wojskowe rosyjskie lub polskie, a powracających do
kraju było sporo. Pierwszy posterunek rosyjski skierował nas okrężną
drogą, swoich przepuszczając krótszą, a o dyskusji z tymi żołnierzami
nie było nawet mowy. Oddaliwszy się od posterunku o kilometr drogi
podarliśmy poszewkę z poduszki i zawiesiliśmy jako flagę czerwoną.
Od tej pory na posterunku rosyjskim mój towarzysz występował z
flagą czerwoną, na polskim ja z biało-czerwoną i w ten sposób
udawało nam się dalej wracać do Polski najkrótszą drogą. Podróżowaliśmy
tak około dwu tygodni z postojami na popas koni, w wioskach zaś
prosząc o trochę żywności, co nie zawsze nam się udawało. Z paszą
było coraz gorzej i nasze konie stawały się coraz słabsze. Wreszcie
dotarliśmy do miejscowości Pazewilk przed rzeką Odrą, gdzie był
zbudowany przez wojska rosyjskie most pontonowy. Przy wjeździe
do miasta zabrano nam, niestety, konie i cały dobytek, poddając
osobistej rewizji, sprawdzeniu papierów i skierowaniu bez niczego
na most celem przekroczenia rzeki. Wtedy mojego towarzysza straciłem
z oczu na zawsze.
Po przekroczeniu Odry, pytając przechodniów o najbliższe miasto,
którym okazał się Stargard Szczeciński, szedłem powoli pieszo,
bezbagaży, co ułatwiało kontynuowanie podróży. Nie pamiętam już,
ile to trwało dni, lecz na pewno dużo. W wioskach prosiłem o wodę
i żywność, czasem udzielano mi schronienia na odpoczynek. Po wielkich
trudach dotarłem na peron stacji w Stargardzie Szczecińskim. Widok
był przerażający. Tłumy mężczyzn i kobiet z dziećmi, siedzące
na peronie i obok niego, koczujące w nadziei, że pojawi się upragniony
pociąg do Polski. Z informacji uzyskanych od kolejarzy wynikało,
że taki pociąg może przyjechać dopiero za kilka dni. Siedziałem
z innymi na peronie, od czasu do czasu pijąc wodę ze studni kolejowej,
bez jedzenia, wstydząc się prosić o jedzenie od ludzi, równie
biednych jak ja, mających zaledwie niewielkie porcje żywności
dla siebie i swoich dzieci. Nocą spałem na betonie, podkładając
pod siebie kurtkę, bo było strasznie twardo. Drugiego dnia rano,
jakiś osobnik ubrany w szynel, prawdopodobnie wojskowy, nie miał
jednak wyraźnych dystynkcji poza naszywkami na kołnierzyku , obudził
mnie kopnięciem w siedzenie. Mówił po polsku z akcentem rosyjskim
i spytał mnie, gdzie jadę. Odpowiedziałem, że do Warszawy. W pierwszym
momencie mnie zamurowało, poczułem prawdziwy strach. Kazał mi
wstać, podążyć za nim tam, gdzie stał oficer rosyjski z dwiema
walizkami w ręce. Kazał mi wziąć te walizki i udaliśmy się do
zawiadowcy stacji. Tam po rozmowie owego Rosjanina z oficerem
wojsk rosyjskich otrzymaliśmy małe pomieszczenie na stacji, gdzie
znajdowały się dwie prycze drewniane z siennikami ze słomy i koce.
Nieznany Rosjanin, tak dobrze władający językiem polskim, powiedział,
że jedziemy do Poznania, a ja będę jego tragarzem i mam się bezwzględnie
mu podporządkować, a także pilnować walizek jak oka w głowie,
bo mnie może spotkać coś złego. W dzień ten osobnik przebywał
w mieście, a wieczorem przynosił kiełbasę i bimber, który kazał
pić zawiadowcy i mnie. Nie umiałem pić, często wymiotowałem po
tym bimbrze, co wywoływało u niego wybuchy śmiechu. Mimo tych
niewygód czułem się dobrze. Miałem wreszcie dach nad głową, jedzenie,
spanie, a był to prawdziwy luksus na ówczesne warunki. Po dwóch
dniach usłyszałem wjazd pociągu towarowego na peron dworca. Nastąpiły
dantejskie sceny z udziałem trzykrotnie większej ilości ludzi,
pragnących dostać się do pociągu, w którym nie było tyle miejsca.
Zjawił się wkrótce mój mocodawca i kazał wziąć swoje walizki.
Udaliśmy się w kierunku lokomotywy wraz z zawiadowcą stacji. Tam
przyczepiony był jeden wagon wyłącznie do naszej dyspozycji. Prosiłem
Rosjanina, ażeby zabrał tym wagonem chociaż matki z małymi dziećmi,
ale kategorycznie odmówił. Po pewnym czasie pociąg ruszył wolno
w kierunku Poznania.
W czasie podróży Rosjanin okazał się rozmowny, wypytując, czy
byłem w powstaniu warszawskim i jakie mam poglądy polityczne.
Odpowiadałem wymijająco, bojąc się o własne bezpieczeństwo. Powiedziałem
mu tylko, że wracam do Polski, by uczestniczyć w jej odbudowie
po zniszczeniach wojennych , co u mego rozmówcy zyskało spore
uznanie. W czasie jazdy, po mniej więcej osiemdziesięciu kilometrach,
pociąg zatrzymał się i żołnierze rosyjscy zabierali młodych i
w sile wieku mężczyzn do budowy dalszego odcinka torów, rozdzielając
ich z rodzinami. W otwarte drzwi naszego wagonu też zajrzał oficer
rosyjski i na widok mojego mocodawcy wyprężył się jak struna,
a potem salutując oddalił się bez słowa. Po pewnym czasie z zachowania
i słów innych Rosjan , a także jego wypowiedzi, dowiedziałem się
, że spełnia wyjątkową misje w zagospodarowywaniu Szczecina i
zorientowałem się, że mam do czynienia z wyjątkowym wojskowym
nieznanej mi formacji. Jak się później okazało był to enkawudzista.
Podróż do Poznania trwała około doby, z małymi przystankami, na
których były kontrole, lecz, lecz one nas nie dotyczyły. Do Poznania
dojechaliśmy rankiem, a gdy się obudziłem, Rosjanin zniknął wraz
z obydwiema walizkami. Po wyjściu na peron czekałem na dalsza
okazję podróżowania bez biletu. Po jakimś czasie pojawił się pociąg
pełen rannych polskich i rosyjskich żołnierzy jadący do Bydgoszczy.
Poprosiłem, by mnie zabrali, na co przystali bez wahania, słysząc,
że wracam z Niemiec do Warszawy. W pociągu byłem częstowany chlebem,
konserwą z puszki i ciemną wojskową kawą, co nawet mi bardzo smakowało.
Czas jazdy pociągiem minął bardzo mile, gdyż w rozmowie dowiedziałem
się o stanie Warszawy, o walkach na froncie wschodnim, o odniesionych
zwycięstwach, o walkach w różnych miastach polskich i niemieckich.
Było to dla mnie, jako młodego człowieka, niezmiernie interesujące.
Gdy wysiadałem w Bydgoszczy, obdarowano mnie chlebem i puszką
konserwy. Żal mi było tych sympatycznych, niejednokrotnie ciężko
rannych żołnierzy.
Na peronie i w poczekalni dworca w Bydgoszczy koczowało znów sporo
ludności cywilnej. Wszystkie ławki były zajęte. Na szczęście udało
mi się znaleźć kawałek wolnej ławki po odejściu jakiejś osoby
, ale oddalenie się od tej ławki było niemożliwe, ponieważ traciło
się natychmiast miejsce do spania. Tak spędziłem pierwszą noc
w poczekalni dworca. Rano odpieczętowałem puszkę konserwy i z
sąsiadem z ławki zjedliśmy całą zawartość z chlebem. On podzielił
się ze mną wojskowymi sucharami. Siedząc na ławce rozmyślałem,
co dalej. Jak tu dostać się do Warszawy. Nie wiedziałem, że na
terenie Bydgoszczy istnieje tzw. PUR, czyli Państwowy Punkt Repatriacyjny,
od którego mogę otrzymać niezbędną pomoc. Jednakże los mi sprzyjał.
Dochodziła już godzina dwunasta, gdy obok ławki dworcowej, na
której siedziałem, przeszedł mężczyzna i gdy popatrzyliśmy na
siebie, wykrzyknął:
- Czy mnie oczy mylą, to przecież Jurek. A mówili, że zginąłeś
w powstaniu. Był to mój serdeczny kolega, Jurek Krzyżanowski z
Warszawy, z którym chodziliśmy na komplety gimnazjalne , organizowane
przy ul. Śniadeckich, oraz służyliśmy w Szarych Szeregach. Był
zdumiony moim wyglądem, ale nie było w tym nic dziwnego. Ważyłem
wtedy około 50 kg, byłem wychudzony i potwornie zmęczony podróżą.
Natychmiast wziął mnie pod rękę i zaprowadził do swojego domu.
Przypominam sobie, że jego ojciec był wtedy kolejarzem, prawdopodobnie
zawiadowcą stacji Bydgoszcz Główna, a ich mieszkanie mieściło
się tuż przy dworcu kolejowym.
W mieszkaniu kolegi przyjęto mnie jak w rodzinie, wykapano, odżywiono,
za co do dzisiejszego dnia jestem im wdzięczny. Ta chwila okazała
się dla mnie zbawienna. Mogłem udać się do PURu w Bydgoszczy,
gdzie otrzymałem małe kieszonkowe oraz bilet na pociąg do Warszawy
z możliwością uzgodnienia na stacji późniejszego wyjazdu. W domu
kolegi przebywałem przez kilka dni. W tym czasie zwiedziłem Bydgoszcz,
resztę czasu poświęciliśmy z Jurkiem na powstańcze wspomnienia.
Potem pożegnałem się z rodziną Krzyżanowskich i wsiadłem do pociągu,
który miał mnie zawieźć do upragnionej Warszawy. Przyjechaliśmy
na Dworzec Zachodni.
Jadąc ulicami Warszawy, z przerażeniem oglądałem jej straszliwe
zniszczenia. Pierwsze kroki skierowałem na Bracką, gdzie mieszkała
moja ciocia Zofia Janowska, lecz mieszkanie okazało się puste,
doszczętnie splądrowane i okradzione. Nie chciałem jechać na Żoliborz,
po pamiętałem ruiny domu jeszcze z powstania, sądziłem więc ,
że nikogo tam nie zastanę. Po krótkim namyśle udałem się w kierunku
Pragi, gdzie mieszkała moja matka z siostrą. U wylotu ul. Karowej
był drewniany most przez Wisłę. Przekraczając go, marzyłem o spotkaniu
z mamą. Niestety, nie było to mi w tym dniu pisane. Gdy schodziłem
z mostu już od strony Pragi, jakiś cywil szarpnął mnie za rękę
i wepchnął do stojącego obok samochodu ciężarowego. W samochodzie
było kilku mężczyzn w moim wieku. Za chwilę samochód ruszył, jak
się szybko okazało, w kierunku posterunku MO na Pradze przy ul.
Cyryla i Metodego. Tam, nie zważając na moje protesty, wepchnięto
mnie do jednej z cel tego posterunku. Byłem zszokowany, widząc
leżącego na podłodze mężczyznę , potwornie pobitego i pokrwawionego.
Nawiązała się krótka rozmowa. Ostrzegł mnie, bym nie przyznawał
się do przynależności do AK, bo mnie skatują. Rano towarzysz celi
zniknął. Nastąpiły wielokrotne przesłuchania, wmawiano mi przynależność
do AK i współpracę z partyzantką na terenie kraju. Zaprzeczałem
temu. Przesłuchiwał mnie człowiek w mundurze wojskowym i jakiś
cywil. Powiedziałem im, że jestem za młody, ażeby gdziekolwiek
służyć i wtedy zaczęto mnie bić. Przesiedziałem w tym areszcie
jeszcze jedną noc i wreszcie przyszło mi na myśl, by podać przynależność
do AL, gdyż znałem tam kilku kolegów. To chwyciło i zostałem po
podpisaniu przesłuchania wypuszczony. Miałem obowiązek comiesięcznego
stawiania się na posterunku i potwierdzania obecności w Warszawie
oraz słownych sprawozdań, co robię dniem i nocą w mieście. To
już było moje trzecie trudne doświadczenie w upragnionej ojczyźnie.
Na Pradze zastałem mamę zdrową, z moją siostrą mieszkała na ul.
Ząbkowskiej i tam się u nich zatrzymałem. Nie pracowały, utrzymywały
się , sprzedając od czasu do czasu własne kosztowności. Trzeba
było jakoś żyć, więc zająłem się handlem, handlując tym, co popadło
na bazarze przy Targowej. To pozwoliło na skromne utrzymanie rodziny.
Chcąc dokończyć rozpoczętą w czasie okupacji naukę gimnazjalną,
zapisałem się do wieczorowego Gimnazjum Prywatnego im. Łuczyńskiego
na Pradze. W dzień zarabiałem na życie, wieczorem uczyłem się.
Niewiele czasu zostawało na spanie, ale musiałem to wytrzymać.
Interesy handlowe rozwijały się na tyle, że założyłem do spółki
z kolegą sklep kolonialny i zacząłem normalnie żyć. Doświadczenia
okupacyjne, z wygnania i powrotu do kraju utwierdziły mnie w przekonaniu,
że najważniejsza jest rodzina. Postanowiłem więc założyć rodzinę
i mieć chociaż jednego syna. W 1946 roku udało mi się te plany
zrealizować.
Cios spada w momencie, gdy życie toczy się już prawie normalnie.
Od znajomego dzielnicowego, a właściwie jego żony, otrzymuję wiadomość,
że interesuje się mną UB . Już przepytywano o mnie sąsiadów. Natychmiast
podjąłem decyzję o likwidacji sklepu, bez wymeldowania zabieram
żonę z małym synem i wyjeżdżam na Ziemie Odzyskane do Tychowa,
gdzie w charakterze magazyniera PGR pracował mój cioteczny brat,
były partyzant z Ostoi na Lubelszczyźnie. Tam uzyskuję schronienie,
dzięki jego znajomościom melduje się jako przybysz zza Buga. Tu
dostaję pracę pisarza-magazyniera w majątku Dzięciołowo, odległym
od najbliższego miasta o 15 km, a od sklepu 10. Na tym odludziu
czuję się wreszcie bezpieczny. Tu także przychodzi na świat moja
córka. Mam wykształcenie średnie, w owych czasach i miejscu nie
takie częste, uczę więc niepiśmiennych pisania w języku polskim,
czasem uczę też naszego języka pozostałych tu Niemców. Zajmowała
mi ta czynność prawie wszystkie wolne wieczory, nie pozwalając
na smętne rozmyślania. Nieco później awansuję na pisarza w innym
gospodarstwie oraz na głównego księgowego w PGR. Wśród współpracowników
jest wielu akowców z różnych formacji partyzanckich. Niestety,
w drugim roku mojego pobytu następują aresztowania. Najpierw w
ręce UB wpada dyrektor Bulzak, potem inni. Brat ucieka do Szczytna,
gdzie dostaje pracę na poczcie. Po rozmowie z byłym komendantem
MPO w Tychowie nie czuję się już bezpieczny.
Postanawiam wrócić do Warszawy. Dzięki znajomościom dostaję w
PGR pod Warszawą stanowisko głównego księgowego. Pobyt w pobliżu
Warszawy nastraja mnie pozytywnie, unikałem jednak niepotrzebnych
znajomości, a gdy tylko występowało zainteresowanie moją osobą
,zmieniałem miejsce pracy. Było to możliwe dzięki zdolnościom
ekonomicznym i braku głównych księgowych w okolicach Warszawy.
Dorabiałem także do pensji jako instruktor finansowy oraz na pracach
zleconych w okolicznych PGR-ach. W roku 1952 rodzi nam się drugi
syn, mam zatem na utrzymaniu cztery osoby. W końcu decyduję się
jednak na zaoczne studia w dziedzinie rolnictwa, co pozwala mi
podjąć pracę w Hodowli Zarodowej Zwierząt w Warszawie.
Z czasem dostaję szereg propozycji pracy na wyższych stanowiskach,
lecz decyduję się na pracę inspektora finansowo-gospodarczego,
pracując w terenie, co pozwala mi uniknąć wstąpienia do PZPR.
Przez większą część dnia jestem poza Warszawą, dieta pozwala na
dzienne utrzymanie, a całą pensję mogę oddać żonie. Otrzymujemy
mieszkanie służbowe na krańcach Warszawy, dość wygodne, z działką
uprawnej ziemi. Polubiłem swoją pracę. Miałem dużą samodzielność,
możliwość dokształcania się w dziedzinie ekonomii. Pozwalało mi
to na dużą niezależność służbową. Nie była to jednak praca łatwa.
Polegała na kontroli stadnin pod każdym względem. Podpisując końcowy
protokół , czułem spoczywającą na mnie wielką odpowiedzialność.
Hodowla zarodowa w Polsce stała wówczas na bardzo wysokim poziomie.
Ujawnienie mojej przynależności do AK nastąpiło po stanie wojennym,
w 1984 roku. Od tego czasu, czuje się człowiekiem wolnym, bez
większego zagrożenia, mogącym rozwijać się zawodowo, który może
utrzymywać rodzinę na przyzwoitym poziomie. Widząc pozytywne wyniki
swojej pracy, nie zmieniam jej już tak często. W hodowli zarodowej
przepracowałem w sumie 25 lat, do czasu przejścia na wcześniejszą
emeryturę w wieku 56 lat. Z zakładem pracy nie rozstaję się całkowicie,
przyjmując od czasu do czasu prace zlecone, ale śmierć żony i
córki przerywa moje zaangażowanie zawodowe. W okresie kilku zaledwie
lat tracę grono bliskich, w tym mamę i tatę. Następuje okres załamania
psychicznego. Leczę się i wyjeżdżam do sanatorium w Nałęczowie.
Nałęczów po pewnym czasie staje się ostoją mojego życia, Warszawa
zaś kojarzy się wyłącznie z życiowymi klęskami. Pozostaję więc
w pięknym mieście- uzdrowisku, zajmując się przede wszystkim uprawą
działki. Synowie, zajęci własnymi sprawami, nie kwapią się zbytnio
do towarzystwa ze staruszkiem. Mam już ponad siedemdziesiąt lat
i o dziwo, znowu znajduję miłość. Ma na imię Helena, a moje życie
znów nabiera blasku. Pomimo niedomagań zdrowotnych, dopisuje mi
apetyt na życie, pytam tylko, dlaczego tak późno?. Nie mam większych
obowiązków domowych, dbam o swoje sterane zdrowie, cieszę się
z każdego przeżytego dnia. Myślę często, że miałem jednak w życiu
dużo szczęścia, dożywając sędziwego wieku. Trzykrotnie przecież
uniknąłem śmierci w powstaniu warszawskim, ominęło mnie aresztowanie,
a może i śmierć z powodu przynależności do AK. Pomimo tragedii
rodzinnej zyskałem nową rodzinę. Wiem zatem, że nie należy nigdy
rezygnować z niczego dobrego, nie dawać się zdeptać przeciwnikom
i wierzyć w przyszłość. Teraz chciałbym zachować jedynie jako
takie zdrowie i kondycję do końca mojego życia.
|